Szarawy cień przemknął się istotnie o sto kilkadziesiąt kroków przed końmi.
- Ot, czwarty! - zawołała kniaziówna.
- Nie, to sarna; patrz waćpanna: dwie, trzy!
- Co, u licha! - zakrzyknął pan Zagłoba. - Sarny za wilkami gonią! Świat, widzę, przewraca się do góry nogami.
- Jedźmy no nieco prędzej - rzekł zaniepokojonym głosem pan Wołodyjowski. - Rzędzian bywaj! i z panną naprzód!
Pomknęli, ale Zagłoba pochylił się w pędzie do ucha Wołodyjowskiego i pytał:
- Panie Michale, a co tam nowego?
- Źle - orzekł mały rycerz. - Widziałeś waść: zwierz z legowisk ze snu się zrywa i nocą pomyka.
- Oj! A co to znaczy?
- To znaczy, że go płoszą.
- Kto?
- Wojska - Kozacy albo Tatary - idą nam od prawej ręki.
- A może nasze chorągwie?
- Nie może być, bo zwierz umyka od wschodu, od Piławiec, więc pewno Tatarzy szeroką ławą idą.
- Umykajmy, panie Michale, na miły Bóg!