Nagle z owej ciemnej masy zbliżającej się od prawej strony pola doleciał naprzód jakoby szum podobny do szumu fal morskich, a w chwilę potem jeden ogromny krzyk targnął powietrzem.
- Widzą nas! - ryknął Zagłoba. - Psy! szelmy! diabły! wilcy! łajdaki!
Las był tak blisko, że uciekający czuli już prawie surowe i chłodne jego tchnienie.
Ale też i chmura Tatarów stawała się coraz wyraźniejszą, a z ciemnego jej ciała poczęły wysuwać się długie odnogi, jakoby macki olbrzymiego potworu - i zbliżać się ku uciekającym z niepojętą szybkością. Wprawne uszy Wołodyjowskiego odróżniły już wyraźne wrzaski: "Ałła! Ałła!"
- Koń mi się potknął! - krzyknął Zagłoba.
- Nic to - odparł Wołodyjowski.
Ale przez głowę przelatywały mu na kształt piorunów pytania: co będzie, jeżeli konie nie wytrzymają? co będzie, jeżeli który z nich padnie? Były to dzielne tatarskie bachmaty, żelaznej wytrwałości, ale szły już od Płoskirowa, mało co wypoczywając po onym szalonym biegu od miasta aż do pierwszego lasu. Można się było wprawdzie przesiąść na luźne, lecz i luźne były znużone. "Co będzie?" - myślał pan Wołodyjowski i serce zabiło mu trwogą, może po raz pierwszy w życiu - nie o siebie, ale o Helenę, którą w tej długiej podróży pokochał jak siostrę rodzoną. A wiedział i to, że Tatarzy raz zacząwszy gonitwę, nie ustaną tak prędko.
- Niechże nie ustają, a jej nie zgonią! - rzekł do siebie ścisnąwszy zęby.
- Koń mi się potknął! - zawołał po raz drugi Zagłoba.
- Nic to! - powtórzył Wołodyjowski.
Tymczasem wpadli do lasu. Objęła ich ciemność, ale też pojedynczy jeźdźcy tatarscy nie byli dalej za nimi, jak na kilkaset kroków.
Wszelako mały rycerz wiedział już, jak ma postąpić.
- Rzędzian! - krzyknął - skręcaj z panną w pierwszą drogę z gościńca.
- Dobrze, mój jegomość! - odrzekł pachołek.
Mały rycerz zwrócił się do Zagłoby: