- Pistolety w garść!
I jednocześnie położywszy rękę na cuglach konia pana Zagłoby, począł jego bieg hamować.
- Co robisz?! - krzyknÄ…Å‚ szlachcic.
- Nic to! Wstrzymuj waść konia.
Odległość między nimi a Rzędzianem, który umykał z Heleną, poczęła się zwiększać coraz bardziej. Na koniec przybyli do miejsca, gdzie gościniec skręcał się dość nagle ku Zbarażowi, a wprost dalej szła wąska drożyna leśna wpółprzesłonięta gałęziami. Rzędzian wpadł na nią i po chwili oboje z Heleną znikli w gęstwinie i ciemności.
Tymczasem Wołodyjowski wstrzymał konia swego i Zagłoby.
- Na miłosierdzie boskie! co czynisz? - ryczał szlachcic.
- Wstrzymamy pogoń. Nie ma innego dla kniaziówny ratunku.
- Zginiemy!
- To zginiemy. Stań tu waść na boku gościńca! tutaj! tutaj!
Obaj przyczaili się w ciemności pod drzewami - tymczasem gwałtowny tętent bachmatów tatarskich zbliżał się i huczał jak burza, aż się cały las nim rozlegał.
- Stało się! - rzekł Zagłoba i podniósł do ust bukłak z winem.
Pił i pił - po czym wstrząsnął się.
- W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego! - zakrzyknął - gotowym na śmierć!
- Zaraz! zaraz! - rzekł Wołodyjowski. - Trzech idzie naprzód, tegom chciał!