- Ba! kiedy nie mogę.
Pan Michał z łuczywem w garści stanął nad jamą i podając rękę Zagłobie, rzekł:
- No! Tatarów nie ma. Przejechaliśmy się na nich aż za tamten las.
- A któż to nadszedł?
- Kuszel i Roztworowski w dwa tysiące koni. Moi dragoni także są z nimi.
- A pogańców siła było?
- At! komunik parotysięczny.
- To chwała Bogu! dajże mi się czego napić, bom zemdlał.
W dwie godziny później pan Zagłoba, napojony i nakarmiony należycie, siedział na wygodnej kulbace wśród dragonów Wołodyjowskiego, a obok niego jechał mały rycerz i tak mówił:
- Już-że się waćpan nie martw, bo choć do Zbaraża razem z kniaziówną nie przyjedziemy, ale gorzej by było, gdyby wpadła w pogańskie ręce...
- A może Rzędzian nawróci jeszcze do Zbaraża? - pytał Zagłoba.
- Tego on nie uczyni, gościniec będzie zajęty; ów czambuł, któryśmy odparli, rychło wróci i w trop za nami iść będzie. Zresztą i Burłaj lada chwila nadciągnie i pierwej stanie pod Zbarażem, niżby Rzędzian mógł zdążyć. Z drugiej strony od Konstantynowa idą: Chmielnicki i chan.
- O dla Boga ! toż oni właśnie z kniaziówną jakoby w matnię wpadną.
- Głowa też Rzędziana w tym, aby się między Zbarażem a Konstantynowem, póki czas, przemknął i nie pozwolił się pułkom Chmielnickiego albo chanowym czambułom ogarnąć. I widzisz waść, mocno ja ufam, że on to potrafi.
- Dajże tak, Boże!