- Horyłki!...
- Nie będziesz pił! - warknął Wyhowski. - Chan przyszle po ciebie.
Tymczasem chan siedział o milę drogi od pola bitwy, nie wiedząc, co się na placu dzieje. Noc była spokojna i ciepła, więc siedział przed namiotem wśród mułłów i agów - i w oczekiwaniu na nowiny pożywał daktyle ze srebrnej misy, obok stojącej, czasem zaś poglądał na wyiskrzone niebo, mrucząc:
- Mahomet Rosullah...
Wtem na spienionym koniu przypadł zdyszany, okryty krwią Subagazi; zeskoczył z siodła i zbliżywszy się szybko, począł bić pokłony, czekając na zapytanie.
- Mów! - rzekł chan ustami pełnymi daktylów.
Subagaziemu słowa paliły płomieniem wargi, ale nie śmiał przemówić bez zwykłych tytułów, rozpoczął więc, bijąc ciągle czołem, w następujący sposób:
- Najpotężniejszy chanie wszystkich ord, wnuku Mahometa, samodzielny monarcho, panie mądry, panie szczęśliwy, panie drzewa zaleconego od Wschodu do Zachodu, panie drzewa kwitnącego...
Tu chan skinął ręką i przerwał, widząc na twarzy Subagaziego krew, a w oczach ból, żal i rozpacz, wypluł nie dojedzone daktyle na rękę, następnie oddał je jednemu z mułłów, który przyjął ze z oznakami czci nadzwyczajnej i zaraz spożywać począł - chan zaś rzekł:
- Mów prędko, Subagazi, i mądrze: azali obóz niewiernych wzięty?
- Bóg nie dał!
- Lachy?
- Zwycięzcy.
- Chmielnicki?
- Pobity.