- Tuhaj-bej?
- Ranny.
- Bóg jeden! - rzekł chan. - Ilu wiernych poszło do raju?
Subagazi wzniósł oczy w górę i wskazał krwawą ręką na wyiskrzone niebo.
- Ile tych świateł u stóp Ałłacha - odrzekł uroczyście.
Tłusta twarz chanowa poczerwieniała: gniew chwytał go za piersi.
- Gdzie ten pies - pytał - który mi obiecał, że dziś w zamku będziemy spali? Gdzie ten wąż jadowity, którego Bóg zdepcze moją nogą? Niech się stawi i zda sprawę ze swych obmierzłych obietnic.
Kilku murzów ruszyło natychmiast po Chmielnickiego, chan zaś uspokajał się z wolna, na koniec rzekł:
- Bóg jeden!
Po czym zwrócił się do Subagaziego.
- Subagazi! - rzekł - krew jest na twojej twarzy.
- To krew niewiernych - odparł wojownik.
- Mów, jak ją rozlałeś, i uciesz nasze uszy męstwem wiernych.
Tu Subagazi począł opowiadać obszernie o całej bitwie wychwalając męstwo Tuhaj-beja, Gałgi i Nuradyna; nie zmilczał także i o Chmielnickim, owszem, wysławiał go na równi z innymi, wolę bożą jedynie i wściekłość niewiernych za przyczynę klęski podając. Jeden szczegół uderzył chana w jego opowiadaniu, mianowicie: że do Tatarów nie strzelano wcale z początku bitwy i że jazda książęca uderzyła na nich dopiero wtedy, gdy jej zastąpili pole.
- Ałłach!... nie chcieli ze mną wojny - rzekł chan - ale teraz za późno...

WJXXQKM WJKJXQM WJXKVJM WJGQXBM WJVGKYM   Mylog | Reklama | Serwis Notebooków | Alex-c Teledysk | Siemensinfo Benq Mobile