- Można by ich zejść jak susłów we śnie! - mruknął Wołodyjowski.
- Kto wie? - odrzekł Skrzetuski.
- Sen mnie tak morzy - mówił Zagłoba - że aż mi oczy pod wierzch głowy uciekają, a spać nie wolno. Ciekawym, kiedy będzie wolno? Czy strzelają, czy nie strzelają, ty stój pod bronią i kiwaj się od fatygi, jak Żyd na szabasie. Psia służba! Sam nie wiem, co mnie tak rozbiera: czy gorzałka, czy ranna irytacja za ów impet, któryśmy niesłusznie obaj z księdzem Żabkowskim wytrzymać musieli?
- Jakże to było? - pytał pan Longinus. - Zacząłeś waćpan mówić i nie skończyłeś.
- To teraz opowiem: może się jakoś ze snu wybijemy! Poszliśmy rano z księdzem Żabkowskim na zamek w tej myśli, żeby to co do przegryzienia znaleźć. Chodzimy, chodzimy, zaglądamy wszędzie - nie ma nic, wracamy źli. Aż na podwórzu spotykamy ministra kalwińskiego, któren kapitana Szenberka na śmierć gotował, tego, co go wczoraj postrzelili pod chorągwią pana Firlejową. Ja mu tedy mówię: "Będziesz się tu, szołdro, włóczył i dyzgusta Bogu czynił? - jeszcze niebłogosławieństwo na nas ściągniesz!" A on, widać dufając w protekcję pana bełskiego, rzecze: "Taka dobra nasza wiara, jak i wasza, albo i lepsza!" Jak to powiedział, ażeśmy skamienieli ze zgrozy. Ale ja nic! Myślę sobie: jest ksiądz Żabkowski, niechże będzie dysputa. A mój ksiądz Żabkowski aż parska i zaraz z argumentami: zmacał go pod żebro, on zaś nic na tę pierwszą rację nie odrzekł, bo jak się wziął toczyć, tak aż o ścianę się oparł. Wtem nadszedł książę z księdzem Muchowieckim i na nas: że to hałasy i swary wszczynamy! że to nie czas, nie miejsce i nie argumenta! Zmyli nam głowy jak żakom - a bodaj czy słusznie, bo utinam sim falsus vates, ale te ministry pana Firleja ściągną jeszcze na nas jakie nieszczęście...
- A ówże kapitan Szenberk nie rewokował? - pytał pan Michał.
- Gdzie tam! umarł w bezecności, jak i żył.
- Że też to ludzie wolą się i zbawienia wyrzec jak swego uporu! - westchnął pan Longinus.
- Bóg nas od przemocy i od czarów kozackich broni - mówił dalej
Zagłoba - a oni Go jeszcze obrażają. Czy waściom wiadomo, że wczoraj z tego tam ot szańca kłębkami nici na majdan strzelano? Żołnierze powiadali, że zaraz w tym miejscu, gdzie kłębki padały, ziemia jakoby trądem się pokryła...
- Wiadoma rzecz, że przy Chmielnickim czarni za rękodajnych służą - rzekł żegnając się Litwin.
- Czarownice sam widziałem - dodał Skrzetuski - i powiem waszmościom...
Dalsze słowa przerwał pan Wołodyjowski, który ścisnął nagle ramię Skrzetuskiego i szepnął:
- Cicho no!...
Po czym skoczył nad sam brzeg okopu i słuchał pilnie.