- Przyszliśmy jeno o pozwolenie pytać - odrzekł Skrzetuski - gdyż wasza książęca mość jesteś szafarzem krwi naszej:
- Więc to we czterech chcecie wyjść?
- Wasza książęca mość! - rzekł Zagłoba. - Oni to chcą wyjść, a ja nie; Bóg mi świadek, nie przyszedłem się tu chwalić ani swych zasług przypominać i jeżeli o nich wspomnę to jeno dlatego, żeby nie było supozycji, że mnie tchórz oblatuje. Wielcy to są kawalerowie pan Skrzetuski, Wołodyjowski i pan Podbipięta z Myszykiszek, ale i Burłaj; któren legł z mej ręki (że o innych przewagach zamilczę), także był wielki żołnierz, wart Burdabuta, Bohuna i trzech głów janczarskich - mniemam przeto, że w dziele rycerskim nie jestem gorszy od innych. Jednakże co innego jest męstwo, a co innego szaleństwo. Skrzydeł nie mamy, a ziemią się nie przedostaniem - to pewno.
- Więc waść nie idziesz? - pytał książę.
- Powiedziałem, że iść nie chcę, ale nie powiedziałem, że nie idę. Kiedy mnie raz Bóg pokarał ich kompanią, to już do śmierci muszę w niej wytrwać. Jeżeli nam będzie ciasno, szabla Zagłoby przyda się jeszcze, nie wiem tylko, na co by się przydała śmierć nas czterech, i ufam, że wasza książęca mość zechce ją od nas odwrócić nie dając pozwolenia na szalone przedsięwzięcie.
- Dobry z waści kompan - odpowiedział książę - i zacnie to z twojej strony, że przyjaciół opuszczać nie chcesz, aleś się w swojej ufności we mnie pomylił, bo ja ofiarę waszą przyjmuję.
- Zdechł pies! - mruknął Zagłoba i ręce opadły mu zupełnie.
W tej chwili kasztelan bełski Firlej wszedł do namiotu
- Mości książę - rzekł - ludzie moi złapali Kozaka, któren powiada, że na dzisiejszą noc szturm się gotuje.
- Miałem i ja już wiadomość - odpowiedział książę. - Wszystko w pogotowiu; niech tylko z sypaniem tych nowych wałów śpieszą.
- Już prawie skończone.
- To dobrze! - rzekł książę. - Do wieczora się przeniesiemy.
Po czym zwrócił się do czterech rycerzy:
- Po szturmie, jeśli noc będzie ciemna, najlepsza pora do wyjścia.
- Jak to? - rzekł kasztelan bełski - mości książę, gotujesz wycieczkę?