- Cicho no! - przerwał Wołodyjowski - coś słyszę.
- To jakiÅ› konajÄ…cy chrapie - nic to...
- Byleś się do dębiny dostał...
- O Boże! Boże! - westchnął Zagłoba trzęsąc się jak w febrze.
- Za trzy godziny będzie dniało.
- To już czas! - rzekł Longinus.
- Czas! czas! - powtórzył Skrzetuski stłumionym głosem. - Idź z Bogiem.
- Z Bogiem! z Bogiem!
- Bądźcie, bracia, zdrowi, a przebaczcie, jeżelim któremuś w czym zawinił.
- Tyś zawinił? O Boże! - zawołał Zagłoba rzucając mu się w ramiona.
Po kolei brali go Skrzetuski i Wołodyjowski. Nadeszła chwila, że tłumione łkanie wstrząsnęło te rycerskie piersi. Jeden tylko pan Longinus był spokojny, choć wzruszony.
- Bądźcie zdrowi! - powtórzył raz jeszcze.
I zbliżywszy się do brzegu wału zsunął się w fosę, po chwili zaczerniał na drugim jej brzegu, raz jeszcze dał znak pożegnania towarzyszom - i znikł w ciemności.
Między drogą do Załościc a gościńcem z Wiśniowca rosła dąbrowa, przerywana wąskimi, w poprzek idącymi łąkami, a łącząca się z borem starym, gęstym i ogromnym, przechodzącym aż hen, za Załościce - tam to postanowił dostać się pan Podbipięta.
Droga to była wielce niebezpieczna, bo żeby dostać się do dębiny, trzeba było przechodzić wzdłuż całego boku kozackiego taboru, ale pan Longinus wybrał ją umyślnie, bo właśnie koło taboru przez całą noc kręciło się najwięcej ludzi i straże najmniej dawały baczenia na przechodzących. Zresztą wszystkie inne drogi, jary, zarośla i ścieżki poobsadzane były strażami, które objeżdżali ustawicznie esaułowie, setnicy, pułkownicy, a nawet i sam Chmielnicki. O drodze przez łąki i wzdłuż Gniezny nie było co i marzyć, bo tam koniuchowie tatarscy czuwali od zmierzchu do świtania przy koniach.