- Pójdźmy, niech ich tam psy pozagryzają! - powtórzył Zagłoba.
- Czekaj waść - odpowiedział Wołodyjowski.
I począł liczyć maszyny, w miarę jak coraz nowe ukazywały się w otworze.
- Raz, dwa, trzy... mają ich widać zapas niemały... cztery, pięć, sześć... idą coraz wyższe... siedm, ośm... każdego psa zabiją z tych machin na naszym majdanie, bo tam być muszą strzelcy exquisitissimi- dziewięć, dziesięć - widać każdą jak na dłoni, bo słońce na nie pada - jedenaście...
Nagle pan Michał urwał rachubę.
- Co to jest? - spytał dziwnym głosem.
- Gdzie?
- Tam, na tej najwyższej... człowiek wisi!
Zagłoba wytężył wzrok; istotnie na najwyższej machinie słońce oświeciło nagi trup ludzki kołyszący się na powrozie, zgodnie z ruchem beluardy, na kształt olbrzymiego wahadła.
- Prawda - rzekł Zagłoba.
Wtem Wołodyjowski pobladł jak płótno i krzyknął przeraźliwym głosem:
- Boże wszechmogący!... to Podbipięta!
Szmer powstał na wałach, jakoby wiatr przeleciał po liściach drzew.
Zagłoba przechylił głowę, zatknął dłońmi oczy i powtarzał zsiniałymi wargami, jęcząc:
- Jezus Maria! Jezus Maria!...