- Miłościwy królu! - ozwał się zza krzesła starosta łomżyński - pan Pełka nie wrócił i nie wróci, bo poległ.
Nastała chwila milczenia. Król utkwił posępny wzrok w płonące świece i począł bębnić palcami po stole.
- Nie macieże żadnej rady? - rzekł wreszcie.
- Czekać! - rzekł poważnie kanclerz.
Czoło Jana Kazimierza pokryło się zmarszczkami.
- Czekać? - powtórzył - a tam Wiśniowiecki i regimentarze zgorzeją pod Zbarażem!
- Jeszcze czas jakiś wytrzymają - rzekł niedbale Radziejowski.
- Milczałbyś, mości starosto, gdy nie masz nic dobrego do powiedzenia.
- Właśnie, miłościwy panie, że mam radę.
- Jaką?
- Posłać kogo niby dla układów z Chmielnickim pod Zbaraż. Poseł przekona się, czy chan jest własną osobą, i z powrotem powie.
- Nie może być - rzekł król. - Teraz, gdyśmy Chmielnickiego za buntownika ogłosili i cenę nałożyli na jego głowę, i buławę nad Zaporożem Zabuskiemu oddali, nie przystoi naszej powadze wchodzić z Chmielnickim w rokowania.
- To do chana wysłać - odrzekł starosta.
Król zwrócił pytający wzrok na kanclerza, który podniósł nań swe błękitne, surowe źrenice i po chwili namysłu ozwał się:
- Rada byłaby dobra, ale Chmielnicki bez żadnej wątpliwości posła zatrzyma - i dlatego na nic by się to nie przydało.