- Jeść mu dajcie! - krzyknął król.
- Jeść! - powtórzyli inni.
- Okryć go!
- Niech ci jutro konia i szaty dadzą - rzekł znowu król. - Na niczym ci zbywać nie będzie.
Wszyscy prześcigali się za przykładem króla w pochwałach dla rycerza.
Wnet poczęto go znowu zarzucać pytaniami, na które z największą trudnością odpowiadał, bo osłabienie ogarniało go coraz większe i ledwie już na wpół był przytomny. Wtem przyniesiono posiłek, a zarazem wszedł ksiądz Cieciszowski, kaznodzieja królewski.
Rozstąpili mu się dygnitarze, bo był to ksiądz wielce uczony, poważany i słowo jego prawie więcej jeszcze znaczyło u króla niż kanclerskie, a z ambony wypowiadał, bywało, takie rzeczy, których i na sejmie nie bardzo kto śmiał poruszyć. Otoczono go tedy i poczęto rozpowiadać, że oto przyszedł towarzysz ze Zbaraża, że tam książę, lubo w głodzie i mizerii, gromi jeszcze chana, który jest obecny własną osobą, i Chmielnickiego, który przez cały zeszły rok tylu ludzi nie utracił, ilu pod Zbarażem - na koniec, że król chce ruszać na odsiecz, choćby mu z całym wojskiem zgorzeć przyszło.
Ksiądz słuchał w milczeniu poruszając wargami i spoglądając co chwila na wynędzniałego rycerza, który jadł przez ten czas, bo mu król nie kazał zważać na swą obecność i sam go jeszcze pilnował, a od czasu do czasu przepijał do niego z małego srebrnego kusztyczka.
- A jakże się zowie ów towarzysz? - spytał wreszcie ksiądz.
- Skrzetuski.
- Czy nie Jan?
- Tak jest.
- Porucznik księcia wojewody ruskiego?
- Tak jest.
Ksiądz wzniósł pomarszczoną twarz w górę i znów modlić się począł, a potem rzekł: