- Mości książę! sprawiedliwości! - wołał. - W tym obozie jak u Chmielnickiego, ni na krew, ni na godność względu nie mają! Szablami dygnitarzy koronnych sieką! Jeśli mi wasza książęca mość sprawiedliwości nie wymierzysz, na gardło nie skażesz, to ja sam sobie ją wymierzę.
Książę porwał się zza stołu.
- Co się stało?... kto waszmości pana napastował?
- Twój oficer... Skrzetuski.
Prawdziwe zdumienie odbiło się na twarzy księcia.
- Skrzetuski?
Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Zaćwilichowski.
- Mości książę, ja byłem świadkiem! - rzekł.
- Ja tu nie racje dawać przyszedłem, jeno kary żądać! - wołał Łaszcz.
Książę zwrócił się ku niemu i utkwił w niego oczy.
- Powoli, powoli! - rzekł z cicha i z przyciskiem.
Było coś tak strasznego w jego oczach i przyciszonym głosie, że strażnik, choć słynny z zuchwałości, zamilkł nagle, jakby mowę stracił, a panowie aż przybledli.
- Mów waść! - rzekł książę do Zaćwilichowskiego.
Zaćwilichowski opowiedział rzecz całą, jak nieszlachetnym i niegodnym nie tylko dygnitarza, ale i szlachcica sentymentem powodowany, pan strażnik począł przeciw boleści pana Skrzetuskiego bluźnić, a następnie z szablą się na niego rzucił, jaką moderację, jego wiekowi prawdziwie niezwyczajną, okazał namiestnik, tylko na wytrąceniu napastnikowi oręża poprzestając; na koniec staruszek tak skończył:
- A jako mnie wasza książęca mość zna, iż do siedemdziesięciu lat łgarstwo warg moich nie skalało i póki żyw będę, nie skala, tak pod przysięgą jednego słowa w relacji mojej zmienić nie mogę.