- Widzę; że zaczynam w piętkę gonić - rzekł sam do siebie - a mój dowcip tyle wart, żeby nim buty wysmarować, chociaż i smarowidła lepszego można by u Węgrzynów na jarmarku kupić. Jeśli mnie Bóg nie ześle jakiej myśli, to pójdę wronom na pieczeń, ale jeśli ześle, to się ofiaruję w czystości trwać jako pan Longinus.
Głośniejsza rozmowa mołojców za ścianą przerwała mu dalsze rozmyślania, poskoczył więc i ucho przyłożył do szpary między belkami.
Wysuszone sosnowe belki odbijały głosy jak pudło teorbanu: słowa dochodziły wyraźnie.
- A gdzie my stąd pojedziemy, ojcze Owsiwuju? - pytał jeden głos.
- Ne znaju, pewno do Kamieńca - odparł drugi.
- Ba, konie ledwo nogami włóczą; nie dojdą.
- Dlatego tu i stoimy; do rana wypocznÄ….
Nastała chwila milczenia, potem pierwszy głos ozwał się ciszej jak poprzednio:
- A mnie się widzi, ojcze, że ataman spod Kamieńca za Jampol ruszy.
Zagłoba wstrzymał oddech w piersi.
- Milcz, jeśli ci młoda głowa miła! - brzmiała odpowiedź.
Nastała chwila milczenia, tylko zza innych ścian dochodziło szeptanie.
- Wszędy są, wszędy pilnują! - mruknął Zagłoba.
I poszedł ku przeciwległej ścianie.
Tym razem doszedł go chrzęst żutych obroków i parskanie koni, które widocznie stały tuż, a między nimi mołojcy rozmawiali leżący, bo głosy dochodziły z dołu.