Tymczasem szarzało coraz bardziej. Okolice chaty poczęły się wychylać z cienia, dach chaty powlókł się jakoby srebrem. Już pan Zagłoba mógł dokładniej odróżnić pojedyncze grupy na majdanie, już dojrzał czerwoną barwę swych ludzi leżących koło studni - i baranie kożuchy, pod którymi spali mołojcy wedle chaty.
Nagle jakaś postać podniosła się z szeregu śpiących i poczęła iść wolnym krokiem przez majdan, zatrzymując się tu i owdzie koło ludzi i koni; chwilkę pogadała z mołojcami pilnującymi jeńców i na koniec zbliżyła się do chlewa. Pan Zagłoba sądził w pierwszej chwili, że to jest Bohun, zauważył bowiem, że strażnicy rozmawiali z ową postacią tak jak podwładni z przełożonym.
- Ej! - mruknął - żebym to miał teraz guldynkę w ręku, nauczyłbym cię, jak to nogami się nakrywać.
W tej chwili postać owa podniosła głowę i na twarz jej padł szary blask świtu: to nie był Bohun, ale sotnik Hołody, którego pan Zagłoba poznał natychmiast, bo go znał doskonale jeszcze z tych czasów, gdy dotrzymywał Bohunowi kompanii w Czehrynie.
- Chłopcy! - rzekł Hołody - a nie śpicie?
- Nie, bat'ku, choć i chce się spać. Czas by nas zmienić.
- Zaraz was zmienią. A wraży syn nie uciekł?
- Oj, oj! Chyba dusza z niego uciekła, ojcze, bo się ani ruszył.
- Szczwana to liszka. A obaczcie no, co się z nim dzieje, bo on gotów się w ziemię zapaść.
- Zaraz! - odrzekło kilku mołojców zbliżając się ku drzwiom chlewa.
- Stoczcie też i siana ze stropu. Konie wytrzeć! Ze wschodem ruszamy.
- Dobrze, bat'ku!
Pan Zagłoba, porzuciwszy co tchu swoje stanowisko przy dziurze w dachu, przyczołgał się do otworu w stropie. Jednocześnie usłyszał skrzyp drewnianej zawory i szelest słomy pod nogami mołojców. Serce biło mu młotem w piersi, a ręką ściskał głownię szabli ponawiając sobie w duchu śluby, że prędzej da się spalić razem z chlewem lub na sieczkę pociąć niż żywcem wziąć. Spodziewał się też, że lada chwila mołojcy podniosą wrzask straszliwy, ale się omylił. Czas jakiś słychać było, jak chodzili coraz to śpieszniej po całym chlewie, nareszcie jeden ozwał się:
- Jaki tam czort? nie mogę go zmacać! My go ot, tu rzucili.
- Niesamowity czy co? Skrzesz ognia, Wasyl, ciemno tu jak w lesie.