- Cóż to za poganin?
- Wcale to nie poganin, jeno z chorągwi pana wojewody wileńskiego rotmistrz petyhorski, któren nas aż do Warszawy odprowadza i tam na wojewodę ma czekać. Niech pan Michał jemu w drogę nie włazi, bo to wielki ludojad.
- Widzę ja to, widzę. Ale skoro to ludojad, przecie są tłustsi ode mnie: dlaczegoż na mnie, nie na innych zęby ostrzy?
- Bo... - rzekła Anusia i zachichotała z cicha.
- Bo co?
- Bo on się we mnie kocha i sam mi powiedział, że każdego, który by się do mnie zbliżał, w sztuki posieka, a teraz wierz mi waćpan, że się tylko przez wzgląd na obecność księstwa wstrzymuje, inaczej zaraz by poszukał okazji.
- Maszże tobie! - rzecze wesoło pan Wołodyjowski. - To tak, panno Anno? Oj! nie darmośmy, jak widzę, śpiewywali: "Jak tatarska orda, bierzesz w jasyr corda!" Pamiętasz waćpanna? Że też waćpanna nie możesz się ruszyć, żeby się ktoś zaraz nie zakochał!
- Takie to już moje nieszczęście! - odparła spuszczając oczki Anusia.
- Ej, faryzeusz z panny Anny! A co na to powie pan Longinus?
- Cóż ja winna, że ten pan Charłamp mię prześladuje? Ja go nie cierpię i patrzyć na niego nie chcę.
- No, no! patrz waćpanna, aby się przez nią krew nie polała. Podbipiętę choć do rany przyłożyć; ale w rzeczach sentymentu żarty z nim niebezpieczne.
- Niech mu uszy obetnie, jeszcze będę rada.
To rzekłszy Anusia zakręciła się jak fryga i furknęła na drugą stronę izby do imć Carboniego, doktora księżny, z którym zaczęła coś żywo szeptać i rozmawiać, a Włoch oczy wlepił w pułap, jakoby go ekstaza porwała.
Tymczasem Zagłoba zbliżył się do Wołodyjowskiego i począł mrugać krotofilnie swoim zdrowym okiem.
- Panie Michale - spytał - a co to za dzierlatka?