Nagle cofnął się, drzwiami trzasnął, jakoby śmierć zobaczył. Na twarzy jego malował się przestrach w połączeniu z największym zdumieniem, usta otworzył i spoglądał obłąkanymi oczyma na Wołodyjowskiego i Kuszla.
- Co waćpanu jest? - pytał Wołodyjowski.
- Na rany Chrystusa! cicho - rzekł Zagłoba - tam... Bohun!
- Kto? co się waści stało?
- Tam... Bohun!
Obaj oficerowie podnieśli się na równe nogi.
- Czyś waść rozum stracił? Miarkuj się: kto?
- Bohun! Bohun!
- Nie może być!
- Jakom żyw! jak tu przed wami stoję, klnę się na Boga i wszystkich świętych!
- Czegożeś się waść tak stropił? - rzekł Wołodyjowski. - Jeśli on tam jest, to Bóg podał go w nasze ręce. Uspokój się waść Jestżeś pewny, że to on?
- Jako że z waćpanem mówię! Widziałem go, szaty przewdziewa.
- A on waćpana widział?
- Nie wiem, zdaje się, że nie.
Wołodyjowskiemu oczy zaiskrzyły się jak węgle.