- Tak uczyń - rzekł Chaldejczyk. - Zresztą, kto chce, niech toczy wojnę, byle nie w tych stronach, gdzie można zetknąć się z Asyrią.
Na tym posiedzenie zakończyło się. Chaldejczyk włożył szarfę na ramię i zasłonę na twarz, Mefres i Herhor stanęli po obu stronach jego, a za nimi Pentuer, wszyscy zwróceni do ołtarza.
Gdy Beroes skrzyżowawszy ręce na piersiach szeptał, w podziemiu zaczął się znowu niepokój i było słychać niby daleki zgiełk, który zdziwił asystentów. Wówczas mag odezwał się głośno:
- Baralanensis, Baldachiensis, Paumachiae, wzywam was, abyście byli świadkami naszych układów i wspierali nasze zamiary...
Rozległ się dźwięk trąb tak wyraźny, że Mefres schylił się do ziemi, Herhor obejrzał się zdziwiony, a Pentuer ukląkł, zaczął drżeć i zasłonił uszy. Purpurowa kotara na ołtarzu zachwiała się, a jej fałdy przybrały taką formę, jak gdyby spoza niej chciał wyjść człowiek.
- Bądźcie świadkami - wołał zmienionym głosem Chaldejczyk - niebieskie i piekielne moce. A kto by nie dotrzymał umowy albo zdradził jej tajemnicę, niech będzie przeklęty...
- Przeklęty!..." - powtórzył jakiś głos.
- �I zniszczony..."
- �I zniszczony..."
- W tym widzialnym i tamtym niewidzialnym życiu. Przez niewysłowione imię Jehowa, na dźwięk którego ziemia drży, morze cofa się, ogień gaśnie, rozkładają się elementy natury...
W jaskini zapanowała formalna burza. Dźwięki trąb mięszały się z odgłosem jakby dalekich piorunów. Zasłona ołtarza prawie poziomo uniosła się i poza nią, wśród migotliwych błyskawic, ukazały się dziwne twory, na poły ludzkie, na poły roślinne i zwierzęce, skłębione i pomięszane.
Nagle wszystko ucichło i Beroes z wolna wzniósł się w powietrze, ponad głowy trzech asystujących kapłanów.
O godzinie ósmej z rana harrańczyk Phut wrócił do fenickiego zajazdu �Pod Okrętem", gdzie już znalazły się jego worki i skrzynia zabrana przez złodziei. Zaś kilka minut po nim przyszedł zaufany sługa Asarhadona, którego gospodarz zaprowadził do piwnicy i krótko spytał:
- Cóż?...
- Byłem przez całą noc - odparł sługa - na placu, gdzie jest świątynia Seta. Około dziesiątej wieczorem, z ogrodu, który leży o pięć posesji dalej aniżeli dom �Zielonej Gwiazdy, wyszło trzech kapłanów. Jeden z nich, z czarną brodą i włosami, skierował swoje stopy przez plac, do świątyni Seta. Pobiegłem za nim, ale zaczęła padać mgła i zginął mi z oczu. Czy wrócił pod �Zieloną Gwiazdç"" i kiedy - nie wiem.