- Święte słowa!... Należy zapisać je na pomnikach - w tejże chwili odezwano się między gośćmi. - Bunt odrywa ludzi od pracy i zasmuca serce jego świątobliwości... Nie godzi się, ażeby robotnicy po dwa miesiące nie odbierali żołdu...
Z nieukrywaną pogardą spojrzał książę na zmiennych jak obłoki dworaków i zwrócił się do nomarchy.
- Oddaję ci - rzekł groźnie - tego skatowanego człowieka. Jestem pewny, że nie spadnie mu włos z głowy. Zaś jutro chcę zobaczyć pułk, do którego należy, i przekonać się, czy skarżący mówił prawdę.
Po tych słowach namiestnik wyszedł zostawiając nomarchę i gości w wielkim strapieniu.
Na drugi dzień książę, ubierając się przy pomocy Tutmozisa, zapytał go:
- Czy robotnicy przyszli?
- Tak, panie. Od świtu czekają na twoje rozkazy.
- A ten... ten Bakura jest między nimi?
Tutmozis skrzywił się i odparł:
- Zdarzył się dziwny wypadek. Dostojny Sofra kazał go zamknąć w pustej piwnicy swego pałacu. Otóż ten hultaj, bardzo silny człowiek, wyłamał drzwi od drugiego lochu, gdzie stało wino, przewrócił kilka dzbanów bardzo kosztownych, a sam tak się spił, że...
- Że co?... - spytał książę.
- Że umarł.
Następca zerwał się z krzesła.
- I ty wierzysz - zawołał, że on sam zapił się na śmierć?...
- Muszę wierzyć, bo nie mam dowodów, że go zabito - odpowiedział Tutmozis.