Rozdział XXV
Tego samego dnia w Memfisie Fenicjanin Dagon, dostojny bankier następcy tronu, leżał na kanapie pod werendą swego pałacu. Otaczały go wonne krzaki iglaste, hodowane w wazonach. Dwaj czarni niewolnicy chłodzili bogacza wachlarzami, a on bawiąc się młodą małpką słuchał rachunków, które czytał mu jego pisarz.
W tej chwili niewolnik, uzbrojony w miecz, hełm, włócznię i tarczę (bankier lubił wojskowe ubiory), zameldował dostojnego Rabsuna, który był kupcem fenickim osiadłym w Memfis.
Gość wszedł, nisko kłaniając się, i w ten sposób opuścił powieki, że dostojny Dagon rozkazał pisarzowi i niewolnikom, ażeby wynieśli się spod werendy. Następnie, jako człowiek przezorny, obejrzał wszystkie kąty i rzekł do gościa:
- Możemy gadać.
Rabsun zaczął bez wstępu:
- Czy dostojność wasza wie, że przyjechał z Tyru książę Hiram?...
Dagon podskoczył na kanapie.
- Niech na niego i jego księstwo trąd padnie!.. -wrzasnął.
- On mi właśnie wspomniał - ciągnął spokojnie gość - że między wami jest nieporozumienie...
- Co to jest nieporozumienie? - krzyczał Dagon. - Ten rozbójnik okradł mnie, zniszczył, zrujnował... Kiedy ja posłałem moje statki, za innymi tyryjskimi, na zachód, po srebro, sternicy łotra Hirama rzucali na nie ogień, chcieli je zepchnąć na mieliznę... No, i moje okręty wróciły z niczym, opalone i potrzaskane... Żeby jego spalił ogień niebieski!... - zakończył rozwścieczony bankier.
- A jeżeli Hiram ma dla waszej dostojności dobry interes? - spytał gość flegmatycznie.
Burza szalejąca w piersiach Dagona od razu ucichła.
- Jaki on może mieć dla mnie interes? - rzekł zupełnie spokojnym głosem.