- Tak, samych chłopców - powtórzył książę. - Kapłani skrapiali każde dziecko wonnościami, ubierali w kwiaty, a wówczas posąg chwytał je śpiżowymi rękoma, otwierał paszczę i pożerał krzyczącego wniebogłosy... Za każdym razem z ust boga wybuchały płomienie.
Hiram śmiał się cicho.
- I wasza dostojność wierzysz temu?
- Opowiadał mi to, powtarzam, człowiek, który nigdy nie kłamie.
- Mówił to, co istotnie widział - odparł Hiram. - Czy jednak nie zastanowiło go, że żadna z matek, którym palono dzieci, nie płakała?
- Istotnie zadziwiła go ta obojętność kobiet, zawsze gotowych do wylewania łez, nawet nad zdechłą kurą. Dowodzi to jednak wielkiego okrucieństwa w waszym narodzie.
Stary Fenicjanin kiwał głową.
- Dawnoż to było? - spytał.
- Przed kilkoma laty.
- No - powoli mówił Hiram -jeżeli wasza dostojność zechcesz kiedy odwiedzić Tyr, będę miał zaszczyt pokazać wam taką uroczystość...
- Nie chcę jej widzieć!...
- Następnie zaś pójdziemy na inne podwórze świątyni, gdzie książę zobaczy bardzo piękną szkołę, a w niej - zdrowych i wesołych tych samych chłopców, których przed kilkoma laty spalono...
- Jak to?... - zawołał Ramzes - więc oni nie zginęli?...
- Żyją i rosną na tęgich marynarzy. Gdy wasza dostojność zostaniesz świątobliwością - obyś żył wiecznie! - może niejeden z nich będzie prowadził twoje okręty.
- Więc oszukujecie wasz lud?... - roześmiał się książę.