Ogród nie był pusty. W różnych punktach widać było domki i pałacyki, płonęły światła, rozlegał się śpiew i muzyka. Między drzewami od czasu do czasu mignął cień zakochanej pary.
Nagle zbliżył się do nich stary kapłan; zamienił kilka słów z Hiramem i złożywszy niski ukłon księciu rzekł:
- Racz, panie, udać się ze mną.
- I niech bogowie czuwają nad waszą dostojnością - dorzucił Hiram zostawiając ich.
Ramzes poszedł za kapłanem. Nieco z boku świątyni, między największym gąszczem, stała kamienna ławka, a może o sto kroków od niej niewielki pałacyk, pod którym rozlegały się śpiewy.
- Tam modlą się? - zapytał książę.
- Nie!... - odparł kapłan nie ukrywając niechęci. - To zbierają się wielbiciele Kamy, naszej kapłanki, pilnującej ognia przed ołtarzem Astoreth.
- Któregoż ona dziś przyjmie?
- Żadnego, nigdy!... - odparł zgorszony przewodnik. - Gdyby kapłanka od ognia nie dotrzymała ślubu czystości, musiałaby umrzeć.
- Okrutne prawo! - rzekł książę.
- Racz, panie, zaczekać na tej ławce - odezwał się zimno kapłan fenicki. - A gdy usłyszysz trzy uderzenia w śpiżowe blachy, idź do świątyni, wejdź na taras, a stamtąd do purpurowego gmachu.
- Sam?...
- Tak.
Książę usiadł na ławce, w cieniu oliwki, i słuchał śmiechów kobiecych rozlegających się w pałacyku.
�Kama? - myślał. - Ładne imię!... Musi być młoda, a może jest piękna, a ci głupi Fenicjanie grożą jej śmiercią, gdyby... Czy w ten sposób pragną zapewnić sobie posiadanie choćby kilkunastu dziewic na cały kraj?..."