�Zaiste! - rzekł do siebie - jestem dziś bogaty, tak właśnie, jak mi się należało. I jedno dziwi mnie, że tyle lat mogłem wytrzymać w upodleniu i nędzy. Muszę też wyznać - ciągnął w duchu - że nie wiem, czy potrafię zwiększyć ten ogromny majątek, bo i nie potrzebuję więcej, i nie będę miał czasu uganiać się za spekulacjami."
Zaczęło mu jednak nudzić się w pokojach, więc obejrzał ogród, objechał pola, porozmawiał ze sługami, którzy padali przed nim na brzuchy, choć byli tak ubrani, że on wczoraj jeszcze uważałby sobie za zaszczyt całować ich ręce. Lecz że i tam było mu nudno, więc wrócił do pałacu i przypatrywał się zapasom swojej śpiżarni i piwnicy tudzież sprzętom w komnatach.
�Ładne to - mówił do siebie - ale piękniejsze byłyby sprzęty z samego złota, a dzbany z drogich kamieni."
Oczy jego machinalnie zwróciły się w ten kąt, gdzie stała figura okryta haftowanym welonem i - wzdychała.
�Wzdychaj sobie, wzdychaj!" - myślał biorąc kadzielnicę, aby spalić wonności przed posągiem Amona.
�Dobry to bóg - myślał - który ocenia przymioty mędrców, nawet bosych, i wymierza im sprawiedliwość. Jaki on mi dał piękny majątek!... No, prawda, że i ja go uczciłem, wypisując podwójnym pismem imię Amon - na drzwiach tej chałupy. Albo jak ja mu to pięknie wyrachowałem: ile dostanie kurzych jaj za siedm kuropatw? Mieli słuszność moi mistrze twierdząc, że mądrość nawet bogom otwiera usta."
Spojrzał znowu w kąt. Postać okryta welonem znowu westchnęła.
�Ciekawy jestem - mówił do siebie pisarz - dlaczego mój przyjaciel Amon zabronił mi dotykać tej oto sztuczki, co tam stoi w kącie? No, za taki majątek miał prawo nakładać mi warunki, chociaż ja nic podobnego nie zrobiłbym mu. Bo jeżeli cały ten pałac jest moją własnością, jeżeli wszystkiego, co tu jest, mogę używać, dlaczego tamtej rzeczy nie miałbym nawet dotknąć?...
Tak się mówi: nie wolno dotykać! Wolno wreszcie zobaczyć..."
Zbliżył się do figury, zdjął ostrożnie welon, patrzy... jest coś bardzo ładnego. Niby piękny młody chłopiec, ale nie chłopiec... Ma włosy długie do kolan, drobne rysy i pełne słodyczy spojrzenie. Co ty jesteś? - mówi do figury.
- Ja jestem kobieta - odpowiada mu postać głosem tak cienkim, że wniknął mu w serce jak sztylet fenicki.
�Kobieta?... - myśli pisarz. - Tego mnie nie uczono w kapłańskiej szkole." - Kobieta?... - powtórzył. - A co to masz o tutaj?...
- To moje oczy.
- Oczy?... Cóż ty zobaczysz takimi oczami, które od lada światła mogą się rozpłynąć.
- Bo moje oczy nie są do tego, żebym ja nimi patrzyła, tylko żebyś ty w nie patrzył! - odpowiedziała figura.