- Co mi powiesz? - spytał książę ulubieńca odgadując, że nie przywiózł dobrych nowin. - Widziałeś jego świątobliwość?
- Widziałem słonecznego boga Egiptu - odparł Tutmozis - a oto, co mi rzekł...
- Mów - wtrącił następca.
- Tak mówił pan nasz - ciągnął Tutmozis złożywszy ręce na piersiach i schyliwszy głowę. - Tak mówi pan. Przez trzydzieści cztery lata prowadziłem ciężki wóz Egiptu i tak jestem zmęczony, że już tęsknię do moich wielkich przodków, którzy zamieszkują kraj zachodni. Niebawem opuszczę tę ziemię, a wówczas syn mój Ramzes zasiądzie na tronie i czynić będzie z państwem to, co mu podyktuje mądrość...
- Tak powiedział mój świątobliwy ojciec?
- To są jego słowa wiernie powtórzone - odparł Tutmozis. Po kilka razy wyraźnie mówił mi pan, że nie zostawia ci żadnych rozkazów na przyszłość, abyś mógł rządzić Egiptem, jak sam zechcesz...
- O święty!... Czyliż jego niemoc jest naprawdę tak ciężką?... Dlaczego nie pozwala mi przyjechać do siebie?... - pytał rozżalony książę.
- Musisz być tu, bo tu możesz się przydać.
- A traktat z Asyrią?... - zapytał następca.
- Jest zawarty w tym sensie, że Asyria może bez przeszkód z naszej strony prowadzić wojnę na wschodzie i północy. Ale sprawa Fenicji została w zawieszeniu, dopóki ty nie wstąpisz na tron...
- O błogosławiony!... o święty władco!... - wołał książę. - Od jak strasznej uchroniłeś mnie spuścizny...
- Fenicja więc zostaje w zawieszeniu - prawił Tutmozis. - Lecz obok tego stała się niedobra rzecz, bo jego świątobliwość, aby dać dowód Asyrii, że nie będzie jej przeszkadzać w wojnie z ludami północnymi, rozkazał zmniejszyć naszą armię o dwadzieścia tysięcy wojsk najemnych...
- Co powiedziałeś?... - wykrzyknął zdumiony następca.
Tutmozis chwiał głową na znak smutku.
- Prawdę mówię - rzekł i już nawet rozpuszczono cztery libijskie pułki...