- Ależ to szaleństwo!... - prawie zawył następca łamiąc ręce. - Po co my się tak osłabiamy i gdzie pójdą ci ludzie?...
- Otóż to, że już poszli na Pustynię Libijską i albo napadną Libijczyków, co nam narobi kłopotów, albo połączą się z nimi i razem uderzą na nasze zachodnie granice...
- Nic o tym nie słyszałem!... Co oni porobili?... i kiedy to zrobili?... Żadna wieść do nas nie doszła... - wołał książę.
- Bo rozpuszczeni najemnicy poszli pustynią od Memfisu, a Herhor zabronił mówić o tym komukolwiek...
- Więc nawet Mefres i Mentezufis nie wiedzą o tym?... - spytał namiestnik.
- Oni wiedzą - odparł Tutmozis.
- Oni wiedzą, a ja nic!... Książę nagle uspokoił się, ale pobladł, a na jego młodym obliczu odmalowała się straszna nienawiść. Schwycił za obie ręce swego powiernika i mocno ściskając je szeptał:
- Słuchaj... Na święte głowy mego ojca i matki... na pamięć Ramzesa Wielkiego... na wszystkich bogów, jeżeli jacy są, przysięgam, że gdy - za moich rządów - kapłani nie ugną się przed moją wolą, zgniotę ich...
Tutmozis słuchał przerażony.
- Ja albo oni!... - zakończył książę. - Egipt nie może mieć dwu panów...
- I zwykle miewał tylko jednego: faraona - wtrącił powiernik.
- Zatem będziesz mi wierny?...
- Ja, cała szlachta i wojsko, przysięgam ci!...
- Dosyć - zakończył następca. - Niechże sobie teraz uwalniają najemne pułki... niech podpisują traktaty... niech kryją się przede mną jak nietoperze i niech oszukują nas wszystkich. Ale przyjdzie czas...
A teraz, Tutmozisie, odpocznij po podróży i bądź u mnie na uczcie dziś wieczór... Ci ludzie tak mnie spętali, że mogę tylko bawić się... Więc będę się bawił... Ale kiedyś pokażę im, kto jest władcą Egiptu: oni czy ja...

WQZGYXM WQXYYJM WQXXXQM WQJBXPM WQJJYKM