- Żal mi tej kobiety!...
- Słusznie będzie ukarana... za kłamstwo - odparł arcykapłan.
- Wasza dostojność myślisz...
- Jestem pewny, że bogowie znajdą i osądzą prawdziwego mordercę...
Przy furcie ogrodowej zabiegł im drogę rządca pałacu Kamy wołając:
- Nie ma Fenicjanki!... Zniknęła tej nocy...
- Nowe nieszczęście... - szepnął nomarcha.
- Nie lękaj się - rzekł Mefres - pojechała za księciem...
Z tych odzywań się dostojny nomarcha poznał, że Mefres nienawidzi księcia, i - serce w nim zamarło. Jeżeli bowiem dowiodą Ramzesowi, że zabił własnego syna, następca nigdy nie wstąpi na tron ojcowski, a twarde jarzmo kapłańskie jeszcze mocniej zacięży nad Egiptem.
Smutek dostojnika powiększył się, gdy mu powiedziano wieczorem, że dwaj lekarze ze świątyni Hator obejrzawszy trup dziecięcia wyrazili przekonanie, iż zabójstwo mógł spełnić tylko mężczyzna. Ktoś - mówili - schwycił prawą ręką za obie nóżki chłopczyka i rozbił mu głowę o ścianę. Ręka zaś Sary nie mogła objąć obu nóżek, na których wreszcie znać było ślady dużych palców.
Po tym objaśnieniu arcykapłan Mefres, w towarzystwie arcykapłana Sema, poszedł do więzienia do Sary i zaklinał ją na wszystkie bogi egipskie i cudzoziemskie, aby oświadczyła, że ona nie jest winną śmierci dziecka, i ażeby opisała: jak wyglądał sprawca zbrodni?
- Zawierzymy słowom twoim - mówił Mefres - i zaraz będziesz wolną.
Ale Sara zamiast wzruszyć się tym dowodem życzliwości, wpadła w gniew.
- Szakale - wołała - nie dość wam dwu ofiar, że jeszcze pożądacie nowych?... Ja to zrobiłam, nieszczęsna, ja... bo któż inny byłby tak nikczemnym, ażeby zabijać dziecko?... Małe dzieciątko, które nikomu nie szkodziło...
- A czy wiesz, uparta kobieto, co ci grozi? - zapytał święty Mefres. - Przez trzy dni będziesz na rękach trzymała zwłoki twego dziecka, a potem pójdziesz do więzienia na piętnaście lat.