- Nie - rzekła - ty, Ramzesie, jesteś jeszcze takim dzieckiem, że nawet nie można poczytywać za grzech twoich słów bezbożnych. Proszę cię, zajmij się greckimi pułkami i jak najprędzej pozbądź się żydowskiej dziewczyny, a politykę zostaw... nam...
- Dlaczego mam pozbyć się Sary?
- Bo gdybyś miał z nią syna, mogłyby powstać zawikłania w państwie, które i tak ma dość kłopotów. Na kapłanów - dodała pani - możesz gniewać się, byleś ich publicznie nie obrażał. Oni wiedzą, że trzeba wiele wybaczyć następcy tronu, osobliwie jeżeli ma tak burzliwy charakter. Ale czas uspokoi wszystko, na chwałę dynastii i pożytek państwu.
Książę rozmyślał. Nagle odezwał się.
- Więc nie mogę rachować na pieniądze ze skarbu?
- W żadnym razie. Wielki pisarz już dziś musiałby wstrzymać wypłaty, gdybym mu nie dała czterdziestu talentów, które mi Tyr przysłał.
- I co ja zrobię z wojskiem!... - mówił książę, niecierpliwie trąc czoło.
- Oddal Żydówkę i poproś kapłanów... Może ci pożyczą.
- Nigdy!... Wolę wziąć od Fenicjan.
Pani wstrząsnęła głową.
- Jesteś erpatrem, rób, jak chcesz... Ale ostrzegam cię, że musisz dać duży zastaw, a Fenicjanin, gdy raz stanie się twoim wierzycielem, już cię nie puści. Oni są podstępniejsi od Żydów.
- Na pokrycie takich długów wystarczy cząstka mego dochodu.
- Zobaczymy. Szczerze chciałabym ci pomóc, ale nie mam... - mówiła pani, ze smutkiem rozkładając ręce.
- Czyń więc, jak ci wypada, ale pamiętaj, że Fenicjanie w naszych majątkach są jak szczury w śpichlerzach: gdy jeden wciśnie się przez szczelinę, inni przyjdą za nim.
Ramzes ociągał się z wyjściem.