- To, że nie mamy powodu okazywać mu wdzięczności, a naprawdę - słabości. A ponieważ chce gwałtem pieniędzy, nie damy pieniędzy!...
- A... a potem co?... - pytał Herhor.
- Potem będzie sobie rządził państwem i powiększał armią bez pieniędzy - odparł rozdrażniony Mefres.
- A... a jeżeli jego wygłodzona armia zechce zrabować świątynie?... - wciąż pytał Herhor.
- Cha!... cha!... cha!... - wybuchnął śmiechem Mefres.
Nagle spoważniał i kłaniając się rzekł ironicznym tonem:
- To już należy do waszej dostojności... człowiek, który przez tyle lat, jak wy, rządził państwem, winien był przygotować się na podobne niebezpieczeństwo.
- Przypuśćmy - mówił powoli Herhor - przypuśćmy, że ja znalazłbym środki przeciw niebezpieczeństwom, które by groziły państwu. Ale czy wasza dostojność, który jesteś najstarszym arcykapłanen, potrafiłbyś zapobiec zniewadze stanu kapłańskiego i świątyń?...
Przez chwilÄ™ obaj patrzyli sobie w oczy.
- Pytasz: czybym potrafił? - rzekł Mefres. - Czy potrafię?... Ja nawet nie będę trafiał. Bogowie złożyli w moich rękach piorun, który zniszczy każdego świętokradcę.
- Psyt!... - szepnął Herhor. - Niechże się tak stanie...
- Za zgodą czy bez zgody najwyższej rady kapłanów - dodał Mefres. - Kiedy czółno wywraca się, nie czas na rozprawianie z wioślarzami.
Rozeszli się obaj w posępnym nastroju. Zaś tego samego dnia wieczorem wezwał ich faraon.
Przyszli o naznaczonej porze, każdy oddzielnie. Złożyli głęboki ukłon panu i - każdy stanął w innym kącie, nie patrząc na drugiego.
"Czyby się poróżnili ze sobą?... - pomyślał Ramzes. - Nic to nie szkodzi..."