- I gdyby posąg Amona w Tebach potwierdził tę uchwałę.
Ramzes spuścił głowę, ażeby ukryć wyraz wielkiego zadowolenia. Już miał plan.
"Zgromadzenie takie potrafię zebrać i skłonić go do jednomyślności... - mówił w sobie. - Również zdaje mi się, że boski posąg Amona potwierdzi uchwałę, gdy jego kapłanów otoczę moimi Azjatami..."
- Dziękuję wam, pobożni mężowie - rzekł głośno - za pokazanie cennych rzeczy, których jednak wielka wartość nie przeszkadza mi być najuboższym z królów świata. A teraz proszę, ażebyście mnie wyprowadzili stąd krótszą i wygodniejszą drogą.
- Życzymy waszej świątobliwości - odparł dozorca - abyś drugie tyle bogactw dołożył Labiryntowi... Co się zaś tyczy drogi do wyjścia stąd, jest tylko jedna i tą samą musimy wracać.
Jeden z kapłanów podał Ramzesowi trochę daktyli, drugi flaszę wina zaprawionego wzmacniającą substancją. Po czym faraon odzyskał siły i szedł wesoło.
- Dużo bym dał - mówił śmiejąc się - ażeby zrozumieć wszystkie zakręty tej dziwacznej drogi!...
Kapłan przewodniczący zatrzymał się.
- Zapewniam waszą świątobliwość - rzekł - że my sami nie rozumiemy ani pamiętamy tej drogi, choć każdy z nas odbywał ją po kilkanaście razy...
- Więc jakim sposobem trafiacie tu?
- Korzystamy z pewnych wskazówek. Lecz gdyby nam bodaj w tej chwili zginęła która, pomarlibyśmy tu z głodu...
Nareszcie wyszli do przysionka, a z niego na dziedziniec. Faraon zaczął oglądać się dokoła i kilka razy odetchnął.
- Za wszystkie skarby Labiryntu nie chciałbym ich pilnować! - zawołał. - Strach pada mi na piersi, gdy pomyślę, że można umrzeć w tych kamiennych ciemnicach...
- Ale można się i przywiązać do nich - odparł z uśmiechem arcykapłan.
Faraon podziękował każdemu ze swych przewodników i zakończył: