W końcu udało się dostojnikom wytłomaczyć, a chłopom zrozumieć: czego od nich żądano. I zaczęło się oddawanie głosów. Każdy delegat przychodził do dzbana i wpuszczał swój kamyk w taki sposób, że inni nie widzieli, jakiej barwy gałkę rzuca.
Przez ten czas wielki skarbnik klęcząc za tronem szeptał do władcy:
- Wszystko zgubione!... Gdyby głosowali jawnie, mielibyśmy jednomyślność, ale teraz, bodaj mi ręka uschła, jeżeli w dzbanie nie znajdzie się ze dwadzieścia białych kamyków!..
- Uspokój się, wierny sługo - z uśmiechem odparł Ramzes. - Mam pod ręką więcej pułków, aniżeli będzie głosów przeciw nam.
- Ale po co to?... po co?... - wzdychał skarbnik.
- Przecież bez jednomyślności nie otworzą nam Labiryntu.
Ramzes wciąż uśmiechał się.
Skończyła się procesja delegatów. Nadzorca Labiryntu podniósł dzban i jego zawartość wysypał na złotą tacę.
Na dziewięćdziesięciu jeden głosujących było ośmdziesiąt trzy kamyków czarnych, a tylko ośm białych.
Jenerałowie i urzędnicy struchleli, arcykapłani patrzyli na zgromadzenie z triumfem, ale wnet ogarnął ich niepokój; Ramzes bowiem miał wesołą fizjognomię.
Nikt nie śmiał oznajmić głośno, że projekt jego świątobliwości upadł. Lecz faraon odezwał się z całą swobodą:
- Prawowierni Egipcjanie, dobrzy słudzy moi! Spełniliście mój rozkaz i łaska moja jest z wami. Przez dwa dni będziecie gośćmi mojego domu. Gdy zaś otrzymacie podarunki, wrócicie do swoich rodzin i zajęć. Pokój z wami i błogosławieństwo.
To powiedziawszy pan opuścił salę wraz ze świtą, zaś arcykapłani Herhor i Mefres z trwogą spojrzeli po sobie.
- On wcale nie zmartwił się - szepnął Herhor.
- A mówiłem, że jest to wściekłe zwierzę!... - odparł Mefres. - On nie cofnie się przed gwałtem i jeżeli go nie uprzedzimy...