- Na co oni czekają?... - zapytał pan. - Niech atakują natychmiast.
Goniec odpowiedział, że jeszcze nie zebrała się główna banda, która ma napaść świątynię i wyłamać miedzianą bramę.
Objaśnienie to nie podobało się panu. Potrząsnął głową i wysłał do Memfisu oficera, ażeby przyśpieszyć atak.
- Co znaczy ta zwłoka?... - mówił. - Myślałem, że moje wojsko obudzi mnie wiadomością o zdobyciu świątyni... W podobnych wypadkach szybkość działań jest warunkiem powodzenia.
Oficer odjechał, ale pod świątynią Ptah nie zmieniło się nic. Lud czekał na coś, a głównej bandy nie było jeszcze na placu.
Można było sądzić, że jakaś inna wola opóźnia wykonywanie rozkazów.
O dziewiątej rano do willi zajmowanej przez faraona przybyła lektyka królowej Nikotris. Czcigodna pani prawie gwałtem wdarła się do synowskiej komnaty i z płaczem upadła do nóg panu.
- Czego żądasz, matko? - rzekł Ramzes, z trudem ukrywając niecierpliwość. - Czy zapomniałaś, że dla kobiet nie ma miejsca w obozie?...
- Dzisiaj nie ruszę się stąd, nie opuszczę cię ani na chwilę!... - zawołała. - Prawda, że jesteś synem Izydy i ona otacza cię swoją opieką... Ale mimo to umarłabym z niepokoju.
- Cóż mi grozi? - spytał faraon wzruszając ramionami.
Kapłan, który śledzi gwiazdy - mówiła z płaczem królowa - odezwał się do jednej ze służebnic, że jeżeli dzisiaj... jeżeli dzisiejszy dzień upłynie ci szczęśliwie, będziesz żył i panował sto lat...
- Aha!... Gdzież jest ten znawca moich losów?
- Uciekł do Memfisu... - odparła pani.
Faraon zamyślił się, potem rzekł śmiejąc się:
- Jak Libijczycy nad Sodowymi Jeziorami wyrzucali na nas pociski, tak dziś kapłaństwo miota na nas groźby... Bądź spokojna, matko! Gadulstwo, nawet kapłanów, jest mniej niebezpieczne aniżeli strzały i kamienie.