- Chciałem - rzekł następca - zobaczyć się z tobą i powiedzieć, że między moim chłopstwem krążą jakieś nieprzystojne gadaniny o zniżeniu podatków czy o czymś takim... Pragnę, ażeby dowiedzieli się chłopi, że ja im podatków nie zmniejszę. Jeżeli zaś który, mimo ostrzeżeń, uprze się w swej głupocie i będzie rozprawiał o podatkach, dostanie kije...
- Może lepiej, aby zapłacił karę... Utena czy drachmę, jak rozkaże wasza dostojność - wtrącił naczelny rządca.
- Owszem, niech płaci karę... - odparł książę po chwilowym zawahaniu się.
- A teraz może by dać kije pewnej liczbie niesforniejszych, ażeby lepiej pamiętali miłościwy rozkaz?... - szepnął rządca.
- Owszem, można dać niesforniejszym kije.
- Ośmielam się zrobić uwagę waszej dostojności - szeptał wciąż pochylony rządca - że chłopi przez pewien czas istotnie mówili o zniesieniu podatków, buntowani przez jakiegoś nieznanego człowieka, ale od paru dni nagle ucichli.
- No, więc w takim razie można im nie dawać kijów - zauważył Ramzes.
- Chyba w formie zapobiegawczej?... - wtrącił rządca.
- Czy nie szkoda kijów?
- Tego towaru nigdy nam nie zabraknie.
- W każdym razie... z umiarkowaniem - upominał go książę. - Nie chcę... nie chcę, ażeby do jego świątobliwości doszło, że bez potrzeby dręczę chłopów... Za buntownicze gawędy trzeba bić i ściągać kary pieniężne, ale gdy nie ma powodu, można okazać się wspaniałomyślnym.
- Rozumiem - odparł rządca patrząc w oczy księciu. - Niech tyle krzyczą ile potrzeba, ażeby nie szeptali bluźnierstw...
Obie te mowy: do Patroklesa i do rządcy, obiegły Egipt. Po odjeździe urzędnika książę ziewnął i oglądając się dokoła znudzonym wzrokiem rzekł do siebie:
�Zrobiłem, com mógł... A teraz nic nie będę robił, o ile potrafię..."
W tej chwili od strony budynków folwarcznych doleciał księcia cichy jęk i gęste uderzenia. Ramzes odwrócił głowę i zobaczył, że dozorca parobków, Ezechiel, syn Rubena, wali kijem jednego ze swoich podwładnych uspokajając go przy tym: