Otrząsnęła się. Tymi pulchnymi, zniekształconymi rękami przesunęła po
oczach i powiedziała tak:
- A teraz pani opowiem, jak byłyśmy w tej fabryce amunicji. Tam miałyśmy
co dzień dwanaście godzin pracy przy maszynach.
Spałyśmy w lagrze. Ten nowy lager nazywał się jakby Bunzig. Stamtąd było
przeszło dwie wiorsty do fabryki. Budzili nas o trzeciej w nocy, nie było
światła, po ciemku słałyśmy łóżka, piłyśmy czarną kawę bez cukru i jadłyśmy
prędko ten chleb. Od czwartej do wpół do szóstej był apel na dworze. Zimno,
deszcz albo śnieg, wszystko jedno. Potem było pół godziny drogi do fabryki,
tak żeby zdążyć na szóstą. Obiad dawali nam w fabryce. To była zupa z liści
czy z czegoś, nie umiem wytłumaczyć - brukiew suszona czy coś takiego. Rano
i wieczór czarna kawa bez cukru i do tego dziesięć deka chleba na cały dzień.
Naprzód dawali piętnaście deka, a później już tylko dziesięć - no, to był
taki kawałek. Więc byłyśmy wciąż głodne. Straszny był głód.
Przeważnie robiłyśmy kule do dział, do samolotów i przeciwlotnicze. To była
ciężka praca, ciągle w dymie i gorącu. Jak która nie wyrobiła swojej ilości,
to byłyśmy katowane.
- Jak? Proszę pani, w tym lagrze były bunkry - tak osobno, z daleka. Bardzo