zimne, trochę w ziemi, jak piwnica. Jeżeli która źle posłała łóżko albo kubek
po kawie źle umyła, bo nie było wody i było przecież ciemno - wtedy musiała
iść do bunkru. Albo musiała stać dwanaście godzin na mrozie czy na deszczu.
Gestapówki chodziły, pilnowały i śmiały się z nas, że marzniemy. Jakeśmy się
do siebie przyciskały dla ciepła - to biły albo wyznaczały za karę bunkier.
Więc trzeba było stać na tym zimnie daleko jedna od drugiej. Sukienki
miałyśmy letnie - nie nasze, nie. Nasze nam odebrali. Były i pasiaki,
były i takie zwyczajne, rękawy do łokci, gołe nogi. Na plecach miałyśmy
naszyte krzyże na ukos.
Przez ten czas dwa razy ogolili mi głowę do skóry i tak musiałam iść na
mróz. Nic nie wolno było włożyć na głowę, zaraz bili. Chodaki nam dali
drewniane. Tylko na palcach było przybite trochę płótna papierowego, żeby się
trzymały. Takie miałyśmy sine nogi, Boże kochany, jakby kto farbką pomalował.
To zimno to strasznie było wytrzymać. I po drodze, i w fabryce przy
maszynach słabsze wszystkie umierały. Trupy składali tam do bunkrów. I do
tych samych bunkrów właśnie zamykali za każde najmniejsze przewinienie, jeść
nie dali, nie pozwolili się niczym okryć, całą noc na gołej ziemi. Dopiero