rano wołali na apel, po apelu znów do bunkru bez żadnego jedzenia. Jeść im
nie wolno było podać, stały na apelu osobno, żeby się która z nimi chlebem
nie podzieliła. Esmanki bardzo tego pilnowały...
Zawahała się, zamyśliła. Znów tu coś trudne było do powiedzenia.
- Jednak coś jadły - powiedziała ciszej. - Raz jedna ruszała ustami.
I jedna miała zakrwawione paznokcie. Proszę pani, to było strasznie karane!
Ale one tam w nocy jadły mięso z tych trupów!
Teraz zamilkła na dłuższą chwilę. Namyślała się, jakby coś jeszcze chciała
dodać. Ale nie mogła. Otrząsnęła się.
- Esmanki były zadowolone, jak myśmy umierały - ciągnęła pewniejszym
głosem, jakby przezwyciężyła pokusę. - Kiedy kobiety umierały stojąc na
apelu i przewracały się na ziemię, esmanki nie wierzyły, śmiały się, kopały
je, że udają. Kopały je, gdy one nieraz od kwadransa już nie żyły. Trzeba
było tak stać obok, nie wolno było się ruszyć, nie wolno było dać żadnej
pomocy, nic.
Jak która zachorowała, to też mówiły, że udaje. Też wrzucały do bunkru,
żeby tam przy trupach umierała. A mężczyźni mieli jeszcze gorsze bunkry, całe
pod ziemią. Musieli tam stać na ten ziąb po kolana w wodzie.
Siedziała bez ruchu, namyślała się, co by jeszcze powiedzieć. I nagle się