KOBIETA CMENTARNA
Droga do cmentarza prowadzi przez miasto pod tamtym murem. Wszystkie
okna i balkony - dawniej pełne uwięzionych, stłoczonych ludzi, wyglądających
na świat zza muru - są dziś bezludne. W przejeździe już od dawna widać na
jakimś drugim piętrze to samo okno, zawsze otwarte, a za nim obwisły gzyms
z poczerniałą firanką, suchy kwiat w doniczce i też zawsze otwarte drzwiczki
od taniego kredensu, stojącego pod ścianą pokoju.
Mijają miesiące i nikt nie podnosi gzymsu ani drzwiczek od kredensu nie
zamyka.
Droga na cmentarz powoli z miejsca żywych zamienia się na miejsce umarłych.
Ale, objęte pustą architektoniczną ramą, to miejsce jeszcze nie całkiem
wyjęte jest z obrębu życia. Bo oto słychać i oto widać.
Ponad najświeższą, młodziutką zielenią cmentarnych drzew - czarnymi
chmurami wstępują ki górze kłęby dymu. Czasami przeszywa je długi płomień,
jak wąska, czerwona, szybko migocząca szarfa na wietrze. Ponad wszystkim
idzie przez niebo dalekie mruczenie aeroplanów.
Mijają miesiące i to nie zmienia się, to trwa.
Zewsząd nadchodzą wiadomości o zgonach. Umarł P. w obozie, umarła K. na
jakiejś małej stacji kolejowej, schwytana na ulicy i wywieziona. Ludzie
giną na wszelkie sposoby, wedle wszelkich kluczów, pod każdym pretekstem.