Wydaje się, że nie żyją już wszyscy, że nie ma się przy czym upierać,
nie ma przy czym obstawać. Tyle jest wszędzie tej śmierci. W podziemiach
kaplic cmentarnych trumny stoją rzędami i oczekują niejako w ogonku na czas
swego pogrzebu. ¦mierć zwyczajna, osobista, wobec ogromu śmierci zbiorowej
wydaje się czymś niewłaściwym. Ale rzeczą bardziej wstydliwą jest żyć.
Nic z dawnego świata nie jest prawdziwe, nic nie zostało. Ludzim dane
jest przeżywać rzeczy niejako ponad stan. Przerażenie staje pomiędzy nimi
i odgradza ich od siebie. Jeden dla drugiego o każdej chwili staje się
sposobnością do śmierci.
Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż niecała dana jest w doświadczeniu.
Albo dana niejednocześnie. Dociera do nas w ułamkach zdarzeń, w strzępach
relacji, w echach wystrzałów, w dalekich dymach rozpływających się po niebie,
w pożarach, o których historia mówi, że "obracają w perzynę", chociaż nikt
nie rozumie tych słów. Ta rzeczywistość, daleka i zarazem rozgrywająca się
o ścianę, nie jest prawdziwa. Dopiero myśl o niej usiłuje pozbierać ją,
unieruchomić i zrozumieć.
Idziemy jeszcze raz cmentarną aleją. Odbywa się teraz uroczysty raut
wiosenny umarłych. Umarłych dawno już i śmiercią zwyczajną.
Mówią tylko swoje imię i nazwisko, mówią datę, rzadziej przypominają