zawód swój i godności. Niekiedy w przejściu proszą półgłosem o westchnienie
do Boga. Jest to niewiele. Są tam zawsze w tych samych miejscach i mówią
wciąż to samo, odzywają się powściągliwie, skrępowani swoim konwenansem.
Chcą tak zupełnie mało, nie narzucają się, nie zobowiązują nas do niczego.
Zaledwie przypominają się pamięci, wystarcza im odrobina uwagi.
Zachęty dodaje niekiedy ktoś z najbliższej rodziny - niejako wprowadza
i zarazem ośmiela. Jakaś bezimienna żona z dziećmi, "kładąca mężowi tę
pamiątkę", mówi kamiennym szeptem, że był najlepszy. Jakaś córka, ze swej
strony od dawna już nieżyjąca, ślubuje zielonymi od mchu literami
przywiązanie najukochańszej matce.
Ten jeden grób jest bez krzyża. Na cokole brązowego pomnika wypisano
niezrozumiałe dziś słowa:
Patrząc z wysokiego stanowiska ewolucji w nieskończoną otchłań przyszłości,
dostrzegamy tam nie rozpaczliwe mroku wiecznej śmierci, lecz żywiące blaski
wiecznego i wciąż potężniejącego życia.
Szpalerem umarłych nadciąga w tę stronę kobieta pielegnująca kwiaty na
grobach. Ma w rękach emblematy swej godności - miotłę i polewaczkę.
Polewaczkę ustawia na płaskim kamieniu przy studni żelaznej i pompuje do niej
wodę.
Na tym miejscu, już bliskim ogrodzenia, cmentarz jest cały zatopiony