zielenią, groby leżą jak krótkie zagonki granatowych albo żółtych bratków.
Kwitną i pachną konwalie, już za chwilę kwitnąć będzą bzy. W powietrzu
woła wilga, jak wołała każdej wiosny tam, przy domu dzieciństwa. Myszka
polna chodzi drobniutko między bratkami, wspina się na ich łodygi, coś
zjada.
Na ciszę rozwartego szeroko nieba ponad cmentarzem co kwadrans wypływa
od strony lotniska powolny aeroplan i zakreślając łagodny półokrąg odchodzi
poza mury getta. Nie widać rzucanych w ciszy bomb. Ale śladami jego przelotu
po dłuższej chwili podnoszą się długie, wąskie zwoje dymu. Później dają się
też widzieć płomienie.
Kobieta cmentarna napełniła polewaczkę i odchodzi z nią w stronę kwiatów.
Jest to ta sama, z którą rozmawia się tu niekiedy o rzeczach śmierci.
W czasach grozy przychodzi siÄ™ na cmentarz, jako na jedyne miejsce spokoju
i bezpieczeństwa, jak do ogródka przy domu rodzinnym. Jak pod najpewniejszy
o tamtym czasie adres.
Zachwiała i tą moją pewnością.
- Tutaj groby są lepsze - mówiła wtedy. - Tutaj groby są lepsze, bo tu jest
sucho. Ciało leży i nie psuje się, tylko się wysusza. Tam w dołu, gdzie jest
mokro, miejsca są tańsze. Tam tylko dwie trumny jedna na drugiej mogą leżeć.
Miała usposobienie łagodne i czułe. Przy tym była kompetentra, mogła zawsze