było oderwać zbiorowym wysiłkiem. To trwało godziny. A wtedy zostawała do
oderwania druga i trzecia deska.
Najbliżsi pochylali się nad wąskim otworem i cofali z Iękiem. Trzeba było
zebrać się na odwagę, by - próbując rękami na przemian i nogami - wypełznąć
przez wąską szczelinę ponad łomotem i zgrzytem żelastwa, w wichrze dmącego
spodem powietrza, ponad przemykającymi podkładami - dopaść osi i w tym
uczepie przepełznąć rękami do miejsca, w którym skok dawałby
prawdopodobieństwo ratunku. Wypaść pomiędzy szyny lub poprzez koła na
brzeg toru - różne były sposoby. A później oprzytomnieć, stoczyć się
niewidzialnie z nasypu i uciekać w obcy, nęcący ciemnością las.
Ludzie wpadali pod koła i często ginęli na miejscu. Ginęli, uderzeni
wystającą belką, kantem zasuwy, rzuceni pędem o słup sygnału czy przydrożny
kamień. Albo łamali ręce i nogi, wydani w tym stanie na wszelkie okrucieństwo
wroga.
Tym, którzy ważyli się zestąpić w huczącą, rozpędzoną, łomoczącą czeluść,
było wiadomo, na co idą. I wiadomo było tym, co zostali - chociaż
z zasuniętych drzwi ani z wysokiego okienka nie było sposobu się wychylić.
Kobieta leżąca przy torze należała do odważnych. Była trzecią z tych,
którzy zestąpili w otwór podłogi. Za nią stoczyło się jeszcze kilku. W tej