polowaniu, które zapomniano dobić. Była pijana, drzemała. Nieprzeparta była
ta siła, która odgradzała ją od nich wszystkich pierścieniem przerażenia.
Mijał czas. Stara wieśniaczka, która była odeszła, zdążyła wrócić. Była
zdyszana. Podeszła blisko, wyjęła spod chustki ukryty blaszany kubek mleka
i chleb. Nachyliła się, pospiesznie włożyła to w ręce zranionej i zaraz
odeszła, by tylko z daleka popatrzeć, czy wypije. Dopiero kiedy zobaczyła
idących do miasteczka dwóch policjantów, zniknęła zasłaniając twarz chustką.
Inni rozeszli się też. Tylko ten jeden małomiasteczkowy frant, który
przyniósł wódki i papierosów, dotrzymywał jej wciąż jeszcze towarzystwa.
Ale ona nie chciała już od niego nic więcej.
Policjanci podeszli poważnie zobaczyć, co to jest. Zrozumieli sytuację,
naradzali się półgłosem, co mają zrobić. Zażądała, by ją zastrzelili.
Umawiała się o to z nimi półgłosem, byle nie dawali nigdzie znać. Nie byli
zdecydowani.
Odeszli i oni, rozmawiając, przystając i znów idąc dalej. Nie było wiadomo,
co postanowią. Ostatecznie nie zechcieli jednak spełnić jej żądania.
Zauważyła, że poszedł z nimi ten uprzejmy młody, który podawał jej ogień do
papierosów zapalniczką nie chcącą się zapalić. I któremu powiedziała, że