jeden z tych dwóch zabitych pod lasem to jej mąż. Wydawało się, że ta
wiadomość była mu nieprzyjemna.
Spróbowała napić się mleka, ale po chwili w zamyśleniu odstawiła kubek
na trawę. Przetaczał się ciężki, wietrzny dzień przedwiosenny. Było chłodno.
Za pustym polem stało parę domków, z drugiej strony kilka niedużych, chudych
sosen zamiatało gałęziami niebo. Las, do którego mieli uciec, zaczynał się
dalej od toru, poza jej głową. To pustkowie było całym światem, który
oglądała.
Młody człowiek wrócił. Znowu popiła wódki z butelki, a on podał jej ognia
do papierosa. Lekki, ruchomy zmierzch nasuwał się na niebo od wschodu. Na
zachodzie kłębki i smugi chmur wstępowały bystro ku górze.
Nowi ludzie przystawali, wracający z roboty. Dawniejsi objaśniali tych
nowych, co się stało. Mówili tak, jakby nie słyszała ich wcale, jakby jej
już nie było.
- To jej mąż tam leży zabity - mówił kobiecy głos.
- Uciekli z pociągu w ten lasek, ale strzelali za nimi z karabinu. Zabili
jej męża, a ona się tu sama została. W kolano ją trafiło, nie mogła dalej
uciekać...
- żeby to z lasu, toby ją było łatwiej gdzie wziąć. Ale tak, na ludzkich
oczach - nie ma sposobu.
To mówiła stara kobieta, która przyszła po swoją blaszaną kwartę.