W trzecim stół pod ścianą, jedno i drugie krzesło.
- O, tutaj możemy rozmawiać. Niech pani siądzie.
Siadamy naprzeciwko siebie przy rogu tego stołu.
- Oni są dobrzy. Ale to nie jest rodzina - powtarza. - Nie ma nikogo. Mój
mąż jest zabity w roku 43 na stacji Małaszewicze, osiem kilometrów pod
Brześciem Litewskim. W lagrze. Zabitych było tysiące, bo zabijali tak co
dziesiątego, zabijali co parę dni. Nie, sama tego nie widziałam, ale o tym
słyszałam. Bo tam nie byłam, byłam w Międzyrzecu. I jedno wiem, że w 42 roku
mój mąż był jeszcze żywy. Bo wtedy lotnik niemiecki wziął list do męża i była
na ten list odpowiedź, że mój mąż się kłania. A później dowiedziałam się, że
jest zabity.
Wstała i wpuściła ludzi, którzy przyszli naprawiać w kuchni zlew.
- Mam trzydzieści pięć lat, tylko że tak wyglądam. Nie mam zębów, nie
mam oka...
Wyszła za mąż mając dwadzieścia trzy lata. Mieszkali w Warszawie przy ulicy
Stawki. Ona pracowała w fabryce, robiła na maszynie wełniane rękawiczki, on
był szewcem. Naprzód też pracował w fabryce, później robił buty w domu.
Owszem, było im dosyć ciężko. - Dzieci nie mieli.
- Mąż się nazywał Rajszer, ale ja się nazywam Zielona. Bo nie miałam
papierów i zapisali mi nazwisko ojca.