Po chwili zastanowienia dodała jeszcze:
- A na imiÄ™ mam Dwojra.
W roku 39 bomby rozwaliły dom na Stawkach. Stracili wszystko - rzeczy,
ubranie. I przenieśli się do Janowa Podlaskiego.
Westchnęła.
- Tam już nosiliśmy żółty trójkąt, sześć takich szpicy, palestyński znak.
A dopiero później nosiliśmy opaski. Oboje.
W październiku 42 roku już męża nie było, bo pracował w tym lagrze
Małaszewicze. Wtedy całe miasto Janów Podlaski wysiedlili do Międzyrzeca.
To był taki Judenstadt, tam byli wszyscy Żydzi z lubelskiego województwa. Co
dwa tygodnie wywozili ludzi do Treblinki koleją. Ta reszta, co została, była
zamknięta w getcie. Inni ginęli, ona nie.
- Jak była akcja, to ja się zawsze schowałam. Siedziałam na strychu.
Rozpostartymi palcami obu rąk przesłoniła swą twarz. I patrzyła chwilę
jednym okiem przez szpary między palcami.
- Czy to znaczy, że pani zakrywała sobie twarz rękami?
Uśmiechnęła się. - Gdzie tam. Ja tylko pokazuję pani, że się tak zawsze
chowałam.
Siedziała na strychu i myślała: "Teraz żyję, a za godzinę, nie wiem, co
będzie". Ale inni ginęli, a ona nie.
- Raz się tak chowałam, jak była akcja, przez całe cztery tygodnie. Bez
jedzenia.
To także, jak te rozcapierzone palce na twarzy, należało rozumieć w pewnym