Drzwi hermetyczne zatrzaskiwały się z łoskotem. Teraz dopiero ludzie
o innym przeznaczeniu, siedzący w piwnicach pałacowych, mogli słyszeć wielki
krzyk przerażenia. Zamknięci w pułapce wołali na pomoc, bili pięściami
o ściany wozu. Po kilku minutach, gdy krzyki ucichły, maszyna odjeżdżała.
O czasie właściwym na jej miejsce przychodziła nowa.
Pałacu już nie ma. I nie ma tych ludzi. Na krawędzi wzniesienia pozostał
płaski czworobok odmiennej roślinności, wypełzającej łodygami i liściem
spomiędzy drobnego gruzu, ograniczony przyziemnymi szczątkami murów.
I został pod urwiskiem w dole wielki obszar widzianego świata - dalekie
zielone pola, majowe drzewa nad łąkami, zachodzące na siebie błękitne smugi
lasów na widnokręgu.
W słońcu zebrała się na miejscu dawnych ogrodów grupka ludzi. Każdy może
powiedzieć, co się tu działo. Naokoło pałacu wystawili parkan drewniany,
wysoki na trzy metry. Zobaczyć można było niewiele. Ale można było słyszeć,
jak coś wywlekali, jak szczękały łańcuchy. W straszny mróz Żydów wyganiali
w koszulach. Przed pałacem wciąż huczały wielkie maszyny i wykręcały do
Żuchowskiego lasu. Krzyki ludzkie też było słychać.
- Ja mieszkałem w Ugaju, pracowałem u Niemców.
Tak mówi Michał P., młody, wielki Żyd atletycznej budowy, o małej głowie.