Mówi niegłośno, spokojnie, ale jednak uroczyście, jakby recytował tekst
święty.
- Zaprowadziłem do samochodu mojego ojca i moją matkę. Później
zaprowadziłem moją siostrę i jej pięcioro dzieci i mojego brata z żoną
i trojgiem dzieci. Chciałem pojechać ochotniczo z rodzicami, ale mi nie
pozwolili.
Mieli do tego powody.
- Pracowałem wtedy przy rozłożeniu starej stodoły z polecenia Komitetu
Żydowskiego w Ugaju, więc nie byłem w spisie, kiedy wywozili Żydów z Koła.
Niektórzy się bali. Wtedy Siuda, żandarm wojskowy z polskich folksdojczów,
powiedział im: "Nie bójcie się, zawiozą was na stację Barłogi, a stamtąd
pojedziecie dalej do roboty". Więc się nie bali. Niektórzy nawet sami chcieli
jechać.
Żydów z Koła wywozili przez pięć dni. Na końcu wywieźli Żydów chorych, ale
szoferom kazali jechać z nimi wolno i ostrożnie.
Na początku stycznia 1942 roku zabrali mnie w Ugaju razem z czterdziestoma
innymi Żydami na posterunek żandarmerii. Na drugi dzień zajechał samochód
ciężarowy z Izbicy i w tym samochodzie było piętnastu Żydów z Izbicy.
Załadowali nas razem z nimi i zawieźli do Chełmna. Wszyscy w tym samochodzie
to byli ludzie silni, zdolni do najcięższej pracy.
Wspaniałym gestem ręki ukazał miejsce, gdzie przez liście widać było gruzy.