Zabrali nas trzydziestu, do samochodu, zawieźli do lasu Żuchowskiego, dali
łopaty i kilofy. O ósmej rano przyjechał pierwszy samochód z Chełmna. Kto
pracował w rowie, nie wolno było obrócić się do samochodów, nie dali patrzyć.
Ale widziałem. Niemcy - jak otworzyli drzwi - odskoczyli od auta. Ze środka
szedł ciemny dym. W miejscu, gdzieśmy stali, nie czuć było żadnego zapachu.
Potem weszło do auta trzech Żydów i oni wyrzucali trupy na ziemię. W aucie
leżały jedne na drugich prawie do połowy wysokości. Niektóre trzymały się
w objęciu. Takim, co jeszcze żyły, Niemcy strzelali w tył głowy. Po
wyrzuceniu trupów auto odjeżdżało do Chełmna.
Potem dwóch Żydów podawało trupy dwom Ukraińcom. Oni byli w ubraniu
cywilnym. Wyrywali obcęgami złote zęby trupom, z szyi im ściągali woreczki
z pieniędzmi, z rąk zegarki, obrączki z palców.
Obszukiwali trupy bardzo, aż do obrzydliwości.
Do tego czasu robili to we trzech. Ale akurat tego dnia jednego Ukraińca
przy ładowaniu wepchnęli razem z Żydami, co ich miał rewidować.
Jak auto przyszło do lasu, to tego Ukraińca rozpoznali i bardzo go chcieli
odratować. Robili mu sztuczne oddychanie, ale już nie pomogło.
Niemcy sami nie rewidowali trupów, ale zawsze dobrze patrzyli Ukraińcom
na ręce przy tej robocie. A co tamci znaleźli, Niemcy wkładali do osobnej