Dziesięć dni przepracowałem. Las nie był wtedy jeszcze ogrodzony, pieców
do palenia trupów też jeszcze nie było. Przy mnie duszono Żydów z Ugaju,
Żydów z Izbicy, w piątek przywieźli Cyganów z Łodzi, w sobotę Żydów
z łódzkiego getta. Jak Żydzi z Łodzi przyjechali, to między nami zrobili
Niemcy selekcję, dwudziestu słabszych oddali do gazu, a wzięli na to miejsce
nowych, mocnych Żydów z Łodzi.
Pierwszego dnia ci łódzcy Żydzi byli zamknięci w drugiej piwnicy i pytali
się przez ścianę, czy dobry obóz, czy dają dużo chleba. Jak się dowiedzieli,
co tu jest, to się przelękli i mówili: "A myśmy się sami zapisali do
pracy"...
Zamilkł na chwilę, coś w sobie ważył. Jego wielkie, kościste ciało ugięło
się od wewnętrznego zmęczenia. Po namyśle powiedział tak:
- Jednego dnia - to był wtorek - z trzeciego samochodu, który przyjechał
tego dnia z Chełmna, wyrzucili na ziemię zwłoki mojej żony i moich dzieci,
chłopiec miał siedem lat, dziewczynka cztery. Wtedy położyłem się na zwłokach
mojej żony i powiedziałem, żeby mnie zastrzelili.
Nie chcieli mnie zastrzelić. Niemiec powiedział: "Człowiek jest mocny, może
jeszcze dobrze popracować". I bił mnie drągiem, dopóki nie wstałem.
Tego wieczora powiesiło się w piwnicy dwóch Żydów. Chciałem się też