powiesić, ale odmówił mię człowiek pobożny.
Wtedy ugodziłem się z jednym, żeby razem uciec w drodze. Ale właśnie na ten
raz on pojechał drugim samochodem. Więc już powiedziałem sobie, że ucieknę
sam.
Gdy wyjechaliśmy w las, poprosiłem konwojenta o papieros. Dał. Cofnąłem
się, a inni go oblegli też o papierosy. Rozciąłem nożem płachtę przy szoferze
i wyskoczyłem z samochodu. Strzelali za mną, ale nie trafili. W lesie strzelał
do mnie Ukrainiec na rowerze, też nie trafił. Uciekłem.
We wsi schowałem się do stodoły i zakopałem głęboko w sianie. Rano
usłyszałem, jak pod ścianą mówili chłopi, że Niemcy są we wsi i szukają Żyda,
który uciekł. Po dwóch dniach, nic nie jedząc, wykradłem się ze stodoły.
W drodze zaszedłem do chłopa - nazwiska jego nie znam. Nakarmił on mnie,
dał mi maciejówkę, ogolił, żebym wyglądał po ludzku. Od niego poszedłem do
Grabowa i tam spotkałem tego Żyda, z którym się umawiałem. On uciekł tego
samego dnia z drugiego samochodu.
Przed odjazdem byliśmy w lesie Żuchowskim, gdzie przy kopaniu ogromnych
grobów zbiorowych pracował kiedyś Michał P. i gdzie rozpoznał zwłoki
uduszonej swojej żony i dzieci.
Na rozległej polanie, w ramie niskich, ciemnych, gęsto rosnących sosen
leżały smugi słabiej zarosłej niskiej trawki. Nie było na nich zielonych
gałązek wrzosu, łochiń ani paproci. W jednym miejscu dół był rozkopany i w
sypkim, brudnym piasku widać było kawałek ludzkiej stopy. W głębi, gdzie las
był wyższy, pokazywano miejsce po spalonych krematoriach.
Dwie kobiety z tych okolic chodziły za nami po lesie. Zapoznawszy się
z nami pytały, czy Komisja nie mogłaby przyspieszyć ekshumacji. Była to matka
i żona człowieka, który w samych początkach istnienia obozu był tu
rozstrzelany. Znały miejsce, gdzie był ten grób.
Ktoś pokazywał znaleziony strzęp pudełka od zapałek z greckim nadrukiem,
inny wymyte przez deszcze papierki z cudzoziemskimi firmami aptek. Ktoś na
miejscu dawnego krematorium znalazł dwie malutkie kosteczki ludzkie.