Jeździłem z nim? Tak jest. Jechałem tylko dwa razy. I do więzienia w Gdańsku
też raz.
Trupy przywozili naprzód z domu wariackiego, ale później nie starczyło tych
trupów. Wtedy Spanner rozpisał wszędzie do burmistrzów, żeby trupów nie
grzebać, tylko że przyśle po zwłoki Instytut. Przywozili ze Stutthoffu z obozu,
z Królewca na śmierć skazanych, z Elbląga, z całego Pomorza. Dopiero jak
w gdańskim więzieniu wystawili gilotynę, to już było dosyć trupów...
Przeważnie były to trupy polskie. Ale raz byli i wojskowi niemieccy, ścięci
w więzieniu podczas uroczystości. A raz przywieźli cztery czy pięć trupów
i nazwisko było rosyjskie.
Trupy von Bergen przywoził zawsze w nocy.
- Co to była za uroczystość?
- Uroczystość była w więzieniu. Poświęcenie gilotyny. Zaproszony był szef
Spanner i różni goście. Szef wziął starszego preparatora von Bergen i mnie.
Dlaczego mnie wziął, nie wiem, bo nie byłem zaproszony. Goście przyjechali
autami i przyszli piechotą. Weszli do tej sali, Ale my tam nie weszliśmy, tylko
musieliśmy czekać. Myśmy już oglądali gilotynę i szubienicę do wieszania. To
wtedy byli ci czterej wojskowi niemieccy skazani na śmierć. I podobno święcił
ksiądz niemiecki.
Widziałem, jak wpuścili jednego więźnia. Kajdanki miał z tyłu, boso, czarne